poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Pojedynek Serc : Rozdział Jedenasty


Rozdział jedenasty : Znów słyszysz głosy.

 

***

 

                                                                           

-Tak, tak, masz rację tylko to nie takie proste jak ci się może wydawać. – Dziewczyna unosi obie brwi zdziwiona. – My się różnimy. Jesteśmy z innych światów. I powiedzmy sobie szczerze ja jestem draniem , podczas gdy ona jest… – szukał odpowiedniego słowa. – … jest taka naiwna , tak i taka spokojna, dobra, a ja? Ja jestem zły i nic tego nie zmieni. Taki się już urodziłem.

-Nieprawda. – Wtrąciła cicho Jojo.

-Prawda. I dobrze o tym wiesz. To co zakorzeniono we mnie w dzieciństwie nadal we mnie siedzi. Nie zmienię się. Nie chce , nie mogę , możliwe że nie potrafię.

-Nie musisz być zły.

-Musze. A wiesz, że  ktoś mi już to kiedyś powiedział. – Uśmiechną się do swoich wspomnień.- Tak, He, He taki już jestem. Taka moja natura. – Chwila ciszy. – Widzisz, ja się z nią uczę, ale … nie przepadamy za sobą. Można by powiedzieć , że… nią gardzę. Tak to dobre określenie. Gardzę nią. – zamilkł.

Zadarł do góry głowę i z dołu spojrzał w zielone oczy przyjaciółki. Przez chwilę mierzą się wzrokiem, po czym dziewczyna siada obok niego. Wzdycha.

-Cóż. Zrobisz jak uważasz. To twoje życie. Nie zmarnuj go. – Poklepuje go krzepiąco po plecach i wstaje. – Ale gdybyś naprawdę nią gardził nie siedział byś tu cały czas. Nie martwił się o nią. I nie patrzył tak na jej uśpioną twarz.  Gdyby była ci obojętna nie robiłbyś się czerwony na twarzy ilekroć o niej wspomniałam.

Odchodzi  nawet nie zaszczyciwszy go jednym spojrzeniem. Po chwili znika za zakrętem korytarza.

Młody Malfoy zostaje sam ze swoimi myślami.

„Ma rację.”- odzywa się głos w jego głowie.

-Och zamknij się w końcu – mówi głośno ciszy panującej wokoło.

*

Młodu Malfoy spędzał mnóstwo czasu w szpitalu. Jednak po jego rozmowie z Jojo postanowił nie pokazywać się na oczy Granger. Przychodził wieczorami , kiedy ona już spała i wychodził rano, zanim się przebudziła.

I tak dzień po dniu, a raczej noc po nocy, spędzał czas na szpitalnej ławce przed jej salą.

Grace nic nie mówiła, postanowiła poczekać aż chłopak sam się przed nią otworzy. Lecz on był silny. A przynajmniej takiego udawał. We wnętrzu był słaby. Wykończony własnymi sprzecznymi myślami. I tak nie mógł spać, więc przynajmniej czuwał przy niej nocami, kiedy jej rodzice nie mogli, a nawet wtedy kiedy byli. Jednak nie wchodził do sali, choć jej ojciec zawsze go zapraszał. Nie mógł. Gdy tylko spojrzał na jej twarz przypominały się mu słowa Jojo. W głowie huczało od tysięcy pytań.

Gardzę nią? Kocham? Nienawidzę? Czerwienie się? Podziwiam? Zazdroszczę? Martwię się?  

Pytań które zawsze pozostawały bez odpowiedzi…

Aż w końcu wypisali ją do domu z zaleceniami by dużo odpoczywała i nie denerwowała się.

 

 

 

Był ranek w połowie sierpnia , gdy Hermiona weszła do swojego pokoju. Rozejrzała się po lawendowych ścianach. Podeszła  do komody , koło łóżka i dotknęła palcem ramki ze zdjęciem młodej szczęśliwej pary trzymającej na rękach małą córeczkę , najwyżej czteroletnią.

- Wzruszające. – Powiedział ktoś kpiąco.

Hermiona natychmiast się odwróciła ale nikogo w pokoju nie było. Tylko w oknie poruszała się delikatnie firanka. Zdziwiona podeszła do parapetu i wyjrzała przez otwarte okno w dół ulicy. Nikogo tam nie dostrzegła.

-Dziwne. – Stwierdziła.

Pociągnęła nosem wdychając świeże powietrze , po czym zatrzasnęła okno. Przez chwile stała jeszcze w miejscu bez ruchu. Potem odwróciła się i pospiesznie wyszła na korytarz.

Zeszła schodami w dół , do kuchni, w  której krzątała się mama.

- Robię obiad. – Rzuciła nie przerywając mieszać w garnku.

- Pomóc ci?

-Nie dzięki.

-W takim razie pójdę do parku się przewietrzyć.

Mama uniosła brwi nad garnkiem z zupą. Dobrze wiedziała , że jej jedyna córka zawsze chodziła do parku , gdy musiała coś przemyśleć czy postanowić. To była jej oaza spokoju. Jednak teraz po tym wypadku, kobieta nie wiedziała czy to dobry pomysł. Ale w końcu było prawie południe.

- Dobrze. – Rzekła z rezygnacją. – Tylko nie wietrz się za długo. – Obie uśmiechnęły się identycznie.

–Dobrze – i wyszła.

Na ganku zatrzymała się na chwile wdychając świeże powietrze.

-Mmmm – mruknęła.

Zeszła schodkami na chodnik i skręciła w stronę  parku.

Powoli stawiała kroki. Bacznie obserwowała otoczenie.

„To tak profilaktycznie- wmawiała sobie uważnie rozglądając się na boki. - Na wszelki wypadek.”

W końcu wkroczyła w cieć parkowych drzew.

-Ech…- westchnęła zmierzając w stronę swojej ławeczki.

Wygodnie się na niej rozsiadła. Wyciągnęła długie i zgrabne nogi przed siebie, ręce położyła na oparciu ławki i zamknęła oczy. Starała się zrelaksować słuchając śpiewu ptaków.

Lekki wietrzyk porusza liśćmi drzew. Gdzieś w oddali słychać radosny okrzyk dziecka, a po nim szczekanie psa. Dziewczyna uśmiecha się do siebie. Tutaj w tym miejscu czuje się bezpiecznie. To te miejsce było jej świątynią w dzieciństwie. To tutaj przychodziła na spotkania z przyjaciółmi. To tutaj pierwszy raz się całowała z Oliverem* . Znowu uśmiecha się ukazując rząd białych i równych zębów.

Ale nie zostali parą. Oliver zawsze był jej jak brat. Teraz z całej paczki kontakty utrzymuje właśnie z jego siostrą, Venus, a co za tym idzie i z nim.

Tak… te miejsce zawsze koiło jej nerwy. Wytrzymywało potoki łez i salwy śmiechu.

W tym miejscu czuła się bezpieczna.

- Czy aby na pewno? – Znowu rozlega się ten kpiący głos.

Hermiona natychmiast otwiera szeroko oczy. Rozgląda się ze strachem , jednak tak jak poprzednio w pokoju , nikogo w pobliżu nie dostrzega.

-Co jest? - zastanawia się.

 

*

 

Draco w dniu wypisu Granger siedział w salonie Grace, choć właścicielka nazywała go herbaciarnią. Zawsze z przyjaciółkami piła tam niedzielną herbatkę. Towarzyszył mu Blaise Zabini.

- No, no. – Mówił Blaise. – Ukrywasz się tu jak jakiś zbieg.

Draco uśmiecha się kpiąco.

-Tak?

-Żadnych wieści , nie odzywasz się do nikogo. Nawet do mnie , a to już jest zbrodnia. – Szczerzy te swoje idealnie białe i równe zęby.

- Miałem co innego na głowie. – Mamrocze pod nosem młody Malfoy.

-No, ciekawe co było takie ważne żeby nie odzywać się do najlepszego kumpla?

-Nie ważne. – Draco unika wzroku swego gościa.

Ten opiera się wygodniej o fotel wpatrując się w arystokratę z jawną niecierpliwością.

- No więc? – pyta w końcu.

-Co więc? – odpowiada zaskoczony Draco i dopiero teraz spogląda na Zabiniego.

-Co cię gryzie? Wal śmiało.

-Nic. – Chłopak wstaje i idzie do barku w rogu pokoju. Wyjmuje z szafki butelkę Ognistej  Whisky. – Chcesz? – Rzuca w kierunku przyjaciela.

-Jeszcze pytasz? – Uśmiech. „Trochę wcześnie., ale co mi tam?” pomyślał.

Draco wraca z butelką i dwiema kryształowymi szklankami. Stawia je na stoliku naprzeciw fotela Zabiniego , po czym siada naprzeciw.

Przez chwile patrzy mu w oczy, a w następnej sekundzie odkręca butelkę i nalewa do szklanki bursztynowy płyn.

- Twoje zdrowie. – Mówi i wypija zawartość jednym haustem.
 
 
***
 
Oliver*- Brat bliźniak Venus ( Vivi), Hermiona nie używa już starych przezwisk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz