sobota, 25 kwietnia 2015

Pojedynek Serc: Rozdział czterdziesty dziewiąty


Rozdział czterdziesty dziewiąty: Gorzko – słodkie rozczarowanie.







dedykacje zostają, ta jak byly ;)) 

Dla Sekundy,ktor wtedy jechała na wycieczkę,




I dla Meg za te kocie oczy ;)










Retrospekcja. Piątek.


-Dumbledore! Jaka niespodzianka! – Krzyknęła zaskoczona kobieta.


- Madame Maxime – osoba w portrecie się ukłoniła. - Przepraszam, że bez zapowiedzi, ale czas mnie nagli.


- Och ni ma sprawi! - Francuska olbrzymka lekceważąco machnęła ręką wielkości pokrywki od pojemnika na śmieci. Dyrektorka ubrana była w atłasowy różowy kostium. Kolorem pasował on do bladoróżowych ścian w jej gabinecie. Na dębowym biurku wielkości samochodu osobowego leżały poukładane dokumenty i ramka ze zdjęciem gajowego Hogwartu. Przed biurkiem stało dębowe krzesło, także ogromne, jeśli patrząc na przeciętnego człowieka, jednak dla kobiety siedzącej naprzeciwko było w sam raz.


-Co cię do mni sprowadza, Damblidore? – Zapytała.


Mężczyzna oderwał wzrok od obrazu przedstawiającego piękne jezioro i mały domek nieopodal, dziwnie przypominające mu teren Hogwartu i spojrzał na kobietę.


-Jak pamiętasz - Zaczął wygodnie się rozsiadając w swoim fotelu. - Wspominałem ci o pewnym… uczniu sprawiającym hmm problemy.


Kobieta kiwnęła głową na znak, że pamięta.


-Ten uczeń powinien stawić się w twojej cudownej szkole już jutro.


-Jutro?


Staruszek kiwnął głową.


-Ale Damblidore! To jest za mali czasu!

-Droga Madame Maxime. Oboje wiemy, że dla takiej kobiety jak pani czas jest pojęciem względnym. Jest pani niezwykle mądrą i utalentowaną kobietą, która, jestem tego pewny, poradzi sobie z tym zadaniem jak mało, kto. - Powiedział, czym spowodował, że ona się zarumieniła.

-Och Damblidore! Gadasz gupstwo! - Widać jednak, że jej to pochlebiało i spowodowało niemałą przyjemność.





Znikając w jednym miejscu profesor pojawił się w innym…

-Witaj Karkarow.*


- Ach. Dumbledore. – Mężczyzna wstał z fotela i podszedł do obrazu. – To już? Tak szybko?


-Ciszę się, że rozumiesz.


Karkarow oparł się o biurko i złożył ręce na piersi.


- Doprawdy Dumbledore, sam nie wiem czy…


- Już się zgodziłeś Igorze. Nie zapominaj.

-Ja wcale nie…


-Och Igorze, oboje wiemy, że nie należysz do najodważniejszych ludzi na świecie niemniej jednak jestem ci wdzięczny za okazane poświęcenie.


-Dumbledore…- Chciał znowu coś wtrącić, ale i tym razem mu się to nie udało.


- I pamiętaj czyją wdzięczność zdobyłeś, a u kogo mógłbyś stracić, gdybyś mi odmówił. – Uśmiechnął się. - Ale wracając do tematu to twój gość przybędzie jutro. Żywię nadzieje, iż wszystko będzie gotowe.

-Ależ oczywiście.        




*


Sobota rano.


- Gotowi? - Rzuciła chłodno kobieta. Nastolatkowie spojrzeli po sobie, następnie oboje kiwnęli głowami. „Będzie jazda.” Pomyśleli w tym samym momencie, jednak w dwóch przeciwnych kontekstach. Malfoy, jako zabawy, Granger wręcz przeciwnie, jako coś, co może się dla niej skończyć nie wesoło. - Za mną.


Kobieta ruszyła do wyjścia, otworzyła wrota i cała trojka wyszła na schody skąpane w słabym porannym świetle. Dzień dopiero budził się do życia. Nad Zakazanym Lasem szybowały ptaki, a w jeziorze, pod delikatnie falującą wodą buszowała kałamarnica.


W oddali widać było dwie postacie zmierzające w ich kierunku. Z początku nie można było odgadnąć, co to za ludzie i czy w ogóle są ludźmi. Dokładną identyfikacje uniemożliwiało to, że obie postacie miały na sobie peleryny z naciągniętymi na głowy dużymi kapturami. Osoba z prawej strony była ubrana na biało, a druga na czarno. Wyglądały niemal identycznie.


Obie postacie w tym samym momencie na znak powitania kiwnęły głowami dyrektorce.  


Posłańcy.

Hermiona cofnęła się o krok do tyłu. Te osoby budziły w niej strach, jakieś przykre wspomnienia, czy nawet lęki. Może nawet nieuzasadnione, ale zawsze to lęki.


Zwłaszcza ta ciemna. Wyglądała jak śmierciożerca, albo dementor.


„O cholera. - Spanikowana dziewczyna rzuciła okiem najpierw na dyrektorkę, potem na Malfoya.- O cholera.”


Draco przyglądał się dziewczynie. Bała się. Panna Ja – Wiem – Wszystko - Najlepiej bała się! Orzechowe oczy rozszerzyły się i w jej spojrzenie wkradł się strach. Rozglądała się na boki, jakby szukając drogi ucieczki. Kąciki ust chłopaka mimowolnie uniosły się ku górze.


„Wspaniale.”


McGonagall odwróciła się tyłem do świeżo przybyłych gości i spojrzała na swoich podopiecznych.


Malfoy trzymał się zaskakująco dobrze, żeby nie powiedzieć, że wspaniale. Natomiast Hermiona wyglądała dużo gorzej. Zbladła i była wystraszona.


Kobietę naszły małe wątpliwości, czy aby na pewno słuszne postąpiła? Może razem z nim, była by bezpieczniejsza? Ale czy na pewno? W końcu są największymi wrogami. Gryfonka i ślizgon. Czy gdyby pojechali razem, mieliby większe szanse? Pomagaliby sobie? Wspierali?


„Nie.”


Zamyślona, nie zwracała uwagi na otoczenie i dopiero chrząknięcie jednego z posłańców, przywróciło ją do porządku.


- Och! Dobrze już dobrze. - Otrząsnęła się. - Panno Granger, panie Malfoy nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wam powodzenia. – Powiedziawszy to skinęła im głową i weszła do zamku. Po kilku sekundach usłyszeli trzask zamykanych drzwi.


Zostali sami.


-Ruszajcie się. – Z pod kaptura jednej z postaci wydobył się cichy głos.


Uczniowie chcąc nie chcąc chwycili za swoje bagaże i ruszyli za nieznajomymi w kierunku bramy, w kierunku nieznanego.


Będąc za nią, zatrzymali się. Obcy wyciągnęli różdżki i odesłali ich bagaże w miejsce ich przeznaczenia.

Następnie osoba w bieli podeszła do Malfoya, a ta w czerni do Granger. W tym samym czasie położyli im dłonie na ramionach i z cichym trzaskiem zniknęli.


Teleportowali się.




Hermiona.


Poczułam na ramieniu zimną i silną męską dłoń. Przez moje ciało przeszedł dreszcz i to bynajmniej nie z podniecenia. To był strach. Czysty strach.


Chwile później stałam już przed jakaś bramą. Była chyba z brązu, albo tak zardzewiała pod wpływem wielu lat jak też czynników klimatycznych. Mniejsza o to, dlaczego tak wyglądała, była straszna i ponura.


Czarna postać ruszyła do przodu, a ja za nią. Brama głośno skrzypiąc zatrzasnęła się za nami. Weszliśmy na coś w rodzaju błoni. Tyle, że nie było tu świeżo ściętej trawy, jak na przykład w Hogwarcie. Cały plac był wy-kamieniowany, gdzie nie gdzie tylko w miejscu gdzie powinny być trawniki rosły wysokie chwasty, pielęgnowane przez czas i pogodę. Kamienną ścieżką przechodziliśmy właśnie obok niedużego jeziorka. Może to przez pogodę – było pełno chmur i wiał zimny wiatr, – ale wydawało mi się, że to jezioro jest całe zamulone i brudne. Takie pierwsze skojarzenie. Aż ciarki chodzą po plecach. Brr!


Dalej za nim biegła ściana lasu. Patrząc po drzewach śmiało mogę stwierdzić, że był bardzo stary. Na pewno skrywał wiele tajemnic i zagadek. A także zwierząt, którym nie koniecznie chcę zostać przedstawiona.


Powoli zbliżaliśmy się do zamku. Mimowolnie zwolniłam widząc przed sobą budynek iście jak z horroru!


Na tle ciemnego nieba sterczały wysokie wieże. Wokoło nich, niczym rządne krwi nietoperze, latały jakieś ptaki.


Zamek wielkością przypominał Hogwart, tylko nieco mniejszy. Lecz nie było w nim ani grama ciepła i uroku. Był tylko strach, smutek, groza i coś, co kazało mi stamtąd jak najszybciej uciekać.


W końcu zatrzymaliśmy się przed wrotami. Weszliśmy na schody.


Masywne drzwi - także skrzypiąc - powoli się otworzyły. W przejściu stał sam…


- Witam w Instytucie Durmstrang, panno Granger.- Igor Karkarow uśmiechnął się do mnie, a mi zebrało się na wymioty.


Malfoy, gdzie jesteś? Przemknęło mi przez myśl. Potrzebuje pomocy. Za słaba jestem w te klocki!



*




Draco.


Poczułem na ramieniu ciepłą i delikatną kobiecą dłoń. W następnej sekundzie stałem przed złotą bramą, która powoli się otwierała. Kobieta w bieli śmiało ruszyła naprzód, a ja za nią rozglądając się na boki z ciekawością.


Szliśmy kamienną ścieżką między równo przystrzyżonymi trawnikami, na których rosła masa kolorowych i intensywnie pachnących kwiatów. Ich zapach drażnił mój nos i powodował to, że chciało mi się kichać.


Mijaliśmy właśnie duże jezioro, co prawda nie tak okazałe jak te w Hogwarcie, jednak równie urzekające swym pięknem i nieskazitelnie czystą taflą. W porannym słońcu lśniło delikatnie.


Dookoła poustawiane były ławeczki, a nawet po drugiej stronie był pomost, na którym jakiś mężczyzna łowił ryby. Ciekawe jak biorą? Musze to sprawdzić, postanowiłem.


Z każdym krokiem robiło mi się niedobrze. Za dużo tu kolorów, niedługo stracę wzrok.  Skrzywiłem się, węchu już nie mam.


W końcu moim oczom ukazał się sam zamek.


Był większy niż Hogwart, jakby musiał pomieścić nie tyle zwykłych czarodziei, ale też i cale ich dobytki. Uśmiechnąłem się do siebie.


Na tle błękitnego nieba połyskiwał jakby zrobiony był z kryształu. Niesamowity widok!

Weszliśmy na schody w momencie, kiedy wrota zaczęły się otwierać.


Otworzyłem szeroko oczy ujrzawszy…


- Witam w Akademii Beauxbatons, panie Malfoy. - Madame Maxime w całej swej okazałości. 

Granger, ratuj. Przemknęło mi przez myśl. Miałem nieodparte wrażenie, że kobieta stojąca przede mną mnie nie lubi.







 ***************************************************




*Igor Karkarow – żyje, ma się dobrze, jednak nadal obawia się powrotu Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, a właściwie Jego Potomka. Nadal jest dyrektorem Durmstrangu, Instytutu znajdującego się w Bułgarii.


Wygląd szkół wymyśliłam, bo nie pamiętam jak były one opisane w Czarze Ognia.

Zdania wypowiadane przez Madame Maxime są pisane z błędem, bo też ona nie mówi

Poprawnie.;p













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz